Tybald i przepowiednia Studni...
Strona glówna ] O bohaterach ] Recenzje ] Zabawy ] Autorka ] Album ] Niespodzianki ] Linki ]

 TYBALD
TRYLOGIA FANTASY
Barbara Wicher 
pisarka oraz tłumaczka literatury z języka francuskiego
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poprzednia strona

 

Tybald i przepowiednia Studni Praprzodków

 

Dziwoludki przeszły już połowę Parowu Salamandry.  (...)

 

Tybald wstrzymał oddech i zacisnął kciuki. Ostatni zespół Knowacza zaraz przystąpi do akcji. Musi im się powieść! Musi!

— A jeżeli nie uda się ich powstrzymać? — Kasper wypowiedział głośno pytanie, które dręczyło każdego z nich. Duch nadal siedział w piecu i był już czarniejszy od kominiarza.

— Myślałam, że duchy się nie brudzą — rzuciła Diadra.

— Myślałem, że żywi są widzialni! — odparował Kasper.

 

— Ijaa!!! —  przetoczył się przez Parów Salamandry dziki krzyk, by zaraz znów powrócić zwielokrotnionym echem.

Dziwoludki zaczęły niespokojnie obracać się w miejscu, próbując zlokalizować źródło dźwięku. Grząski grunt cmokał i mlaskał pod ich nerwowymi krokami.

— Przeklęta mgła! — syknął Perszing, obmacując pas w poszukiwaniu rewolweru. — Ktoś świsnął mojego gnata! — ryknął wściekle.

— Mój też zginął!

— I mój… razem z sekatorem!

 

Drzwi chaty skrzypnęły.

— To my… — rzucił zasapanym głosem Grochol, przepychając przez drzwi wypchany baniasto tobół. — Patrzcie, ile tego mieli…

Na podłogę wysypała się z metalicznym chrzęstem wszelkiego rodzaju broń.

— Dobra robota! — powiedzieli równocześnie Tybald i Kuba.

— Co tam macie? — zainteresował się Kasper, podpływając do nich. Złapał największy rewolwer i zakręcił nim młynka.

— Uważaj! To niebezpieczne! — krzyknęła Julita.

Kasper pisnął i wypuścił pistolet z rąk. Huknęło. Kula ze świstem przeleciała przez jego głowę i utkwiła w ścianie. Kasper wyglądał, jakby ponownie umarł.

— Nic ci nie jest?

— Nie wiem… — powiedział drżącym głosem.

— Jaki blady!

— To tylko sadza z niego spadła…

— Czy kogoś jeszcze interesuje, co robią Dziwoludki? — przywołał ich do porządku Adaś.

 

— Ijaa!!! — rozbrzmiało ponownie.

— Trzymajmy się razem! — zawołał po niewczasie Bumerang, bo już tłoczyli się jeden przy drugim, depcząc sobie po piętach. Jedynie Luś pozostał na uboczu, woląc nieznane niebezpieczeństwo od gniewu Giganta. Oddychali głośno, połykając kłęby mgły.

Nagle usłyszeli furkot i coś przeleciało nad ich głowami, skrzecząc dziko. To Magmerlina w przypływie energii zaszarżowała na swej miotle — jak za dawnych, młodych lat. Po kilku sekundach pojawiły się jej towarzyszki, by wspólnie zatańczyć w powietrzu szaleńczy taniec.

— A cóż to, do licha?

— Sądząc po urodzie, to nie rusałki…

— Dziwoludki! Wracajcie, skąd przyszłyście! — zagrzmiała Magmerlina. Sobie tylko znanym sposobem nabrała wyglądu dwukrotnie większej, a wokół niej pojawiła się świetlna łuna.

Nikt się nie ruszył.

— Nie zastraszycie nas takimi tanimi sztuczkami! — krzyknął Perszing. — Czasy, kiedy budziłyście trwogę, minęły! Dzisiaj nie boją się was nawet przedszkolaki!

— Ach, tak?! — zawołała groźnie Magmerlina, ale zmalała o kilka centymetrów. — Ostrzegłam was! Siostro Trzyćwiercidośmierci! — zwróciła się do wysuszonej czarownicy w falbaniastej spódnicy w maki. — Zaklęcie „prosię”!

— O jakie zaklęcie prosicie?! — huknęła Trzyćwiercidośmierci, wyciągając sępią szyję.

Magmerlina westchnęła i znowu zmalała, a łuna wokół niej przybladła.

— Siostro Stokrotnedzięki, zaklęcie „proszę”… To znaczy, „proszę”… Tfu! Chciałam powiedzieć…

— „Prosię”?

— Stokrotne dzięki…!

Stokrotnedzięki zatoczyła krąg, mrucząc coś pod haczykowatym nosem, po czym oderwała dłonie od miotły, rozczapierzyła kościste palce i kierując nimi w Dziwoludki, wyrecytowała:

 

Ogonki kręcone, ryjki rozpłaszczone…

Zmieńcie się, oprychy, w prosiaki tuczone!

 

Kiedy Stokrotnedzięki zaczęła wymawiać zaklęcie, na końcach jej paznokci pojawiło się seledynowe pulsujące światło, a kiedy skończyła, oderwało się i poszybowało chmarą lśniących punkcików w kierunku Dziwoludków.

— Śmiejcie się! — rozkazał Perszing, wybuchając ochrypłym rechotem. W parowie zawrzało szyderczym chichotem, urągliwym rżeniem i szaleńczym gulgotem. Seledynowe światełka zaczęły odskakiwać jak piłeczki, odbijając się od Dziwoludków — gdyż żadna magia nie działa na tego, który nie wierzy w jej moc.

Przerażone oczy Magmerliny zapłonęły odbiciem blasku świetlnej kulki, która nadleciała jak wściekły bąk i pacnęła ją w nos.

Po chwili zarówno ona, jak i większość jej towarzyszek, ugodzonych powracającym zaklęciem, przemieniła się w prosiaki, pospadała z mioteł w błoto i kwicząc, rzuciła się do ucieczki.

Zaledwie dwie czarownice ocalały z tego pogromu.

Jedną z nich była Trzyćwiercidośmierci. W jej przypadku przymilny uśmiech losu szybko przekształcił się w szyderczy grymas. Gigant, będąc Dziwoludkiem o odpowiednim do przydomku wzroście, nawet bez stawania na palcach zdołał złapać za trzonek miotły wiekowej czarownicy i zakręcił nią młynka. Trzyćwiercidośmierci chcąc nie chcąc wylądowała w mokradle, gdzie — podobnie jak jej siostry — zażyła nieprzewidzianej kąpieli. Zanim pozbierała się i skrzecząc jak sroka pognała w ciemność, zobaczyła, jak Gigant łamie miotłę, którą dostała na piąte urodziny i która służyła jej niezawodnie od stu dwudziestu ośmiu lat — mimo coraz rzadszego ogona oraz wytartej rączki.

Druga czarownica, Dioprina — zdecydowana podążyć za uciekającymi towarzyszkami, zanim całkiem znikną z jej niedowidzących oczu — skoncentrowała wzrok na czymś, co przypominało skręcony w świderek świński ogonek, pochyliła się do przodu i ruszyła pełną mocą swej wierzbowej miotły.

Jednak to, co Dioprina wzięła za świński ogonek, było w rzeczywistości cienkim kucykiem Lecha Lusia, bardzo dumnego z tej ozdoby, a zwłaszcza z formy loczka, w który się układał. Kiedy Dioprina spostrzegła swą pomyłkę, zahamowała tak gwałtownie, że ciężkie okulary spadły jej z nosa. Machnęła rękami, próbując je złapać, ale tylko klasnęła głośno w dłonie. Straciła kontrolę nad miotłą i uderzyła w plecy Lecha Lusia, pozbawiając go tchu. Oboje potoczyli się po trawie.

Kiedy Luś — niefortunnie poturbowany już dwukrotnie tej nocy — odzyskał oddech, doznał szoku większego niż upadek czy nawet spotkanie z drzewem po przypadkowym dziabnięciu Giganta. Oto trzymał w ramionach swój ideał kobiecej urody — dziewczę smukłe jak gazela, o bujnych włosach koloru miedzi, cerze jak poświata księżyca i ogromnych oczach z niepokojąco rozszerzonymi źrenicami.

— A to co znowu?! — zawołał Gigant, wpatrując się w mgłę, z której wyłaniały się jakieś upiorne kształty.

— Może to jeszcze jedna sztuczka tych prosiaczkowatych wiedźm… — zaczął Bumerang beztrosko, lecz głos mu się załamał, bo zauważył, że jedna z postaci w miejscu głowy miała zakrwawiony kikut.

— Nadeszła wasza ostatnia godzina…! — syknął lodowaty głos tuż za uchem Perszinga, ale kiedy Dziwoludek odwrócił się gwałtownie, nikogo tam nie było. W odległości kilkunastu metrów zauważył natomiast potworną, fruwającą głowę o pustych oczodołach i odchodzącym od kości ciele. Nie miał jednak czasu dokładnie się jej przyjrzeć, gdyż nagle ze wszystkich stron napłynęły upiory. Jedne miały trupie twarze i zęby wilkołaków. Innym brakowało głów, rąk, nóg lub całego ciała i tylko łopotały poszarpanymi łachmanami, goniąc za przerażonymi Dziwoludkami, z których coraz większa liczba nosiła na ciele krwawe znamiona.

(...)

— DIADRA! — ryknął Kasper. Z sufitu posypał się kurz. W kącie pisnęły myszy.

Kasper zakręcił się po chacie jak trąba powietrzna, złapał cebrzyk, jeden z sekatorów i wypadł z chaty, gubiąc wszystko przy drzwiach, gdyż zapomniał je otworzyć. Zawrócił, pozbierał swój ekwipunek, otworzył drzwi z taką siłą, że wyleciały z zawiasów, i pognał na ratunek damie swego serca, obijając cebrzyk o pnie drzew.

— Przybywam, luba!

Po chwili był już nad strumieniem i z rozpędu wcisnął na głowę Giganta cebrzyk, z którego za kołnierz Dziwoludka powpadały przestraszone myszy.

Gigant puścił Diadrę i, krzycząc głucho, zaczął tańczyć przedziwny taniec, przypominający połączenie rumby z twistem, próbując równocześnie uwolnić się od cebrzyka oraz łaskoczących go po plecach myszy.

Kiedy wreszcie mu się to udało, twarz miał purpurową i dyszał jak buhaj.

— Ty mała wiedźmo! — wycedził i ruszył w kierunku Diadry, nie zauważając prawie niewidocznego w cieniu wierzby Kaspra. — Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale ja ci już wybiję z głowy te diabelskie sztuczki!

Słysząc to, Kasper ponownie się zezłościł. Porwał sekator i rzucił się na Giganta, ale z rozpędu przez niego przeleciał, a sekator odbił się od twardego brzucha Dziwoludka i spadł pod jego stopy. Kasper wrócił najkrótszą drogą, czyli znów przenikając przez Giganta, zawisł na wysokości dwóch metrów i patrząc mu prosto w oczy, wycedził:

— Ani kroku dalej!

Teraz dopiero Gigant uświadomił sobie, z kim ma do czynienia, i ryknął jak zwierzę, bo nic go tak nie przerażało, jak prawdziwe duchy.

— Co jest?! — odezwało się kilka przestraszonych głosów.

Gigant przez chwilę jąkał się, szukając słów, po czym wrzasnął:

— On przeze mnie przeniknął!

Dziwoludki gapiły się na Giganta z opadniętymi szczękami.

— Dwa razy! — uściślił Gigant, uzupełniając swoje wyjaśnienie obrazowym gestem.

Dziwoludki nadal wytrzeszczały na niego oczy, oniemiałe.

Kasper, widząc wrażenie, jakie wywołały słowa Giganta, niewiele myśląc wypalił:

— Ja przez was wszystkich przeniknę!

Jego słowa powtórzyło echo.

— O co mu chodzi? — burknął butnie Lech Luś, ale minę miał nietęgą.

Inni nie byli aż tak ciekawi.

— Ratuj się, kto może!

— Uciekajmy!

— Przeniknę przez was! Przez każdego! Po kilka razy! — krzyczał dalej Kasper, rzucając się na wszystkie strony w pogoni za uciekającymi Dziwoludkami i raz po raz dźgając któregoś sekatorem w pośladki.

.