Extrait 3
Strona glówna ] O bohaterach ] Recenzje ] Zabawy ] Autorka ] Album ] Niespodzianki ] Linki ]

 TYBALD
TRYLOGIA FANTASY
Barbara Wicher 
pisarka oraz tłumaczka literatury z języka francuskiego
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tybald i Smak Przygody

W holu napotkali kilka ożywionych osób zmierzających w pośpiechu do sali kominkowej. Była wśród nich Olimpia ubrana w wytworną, połyskującą srebrzyście sukienkę. Na widok dziewczyny Radek wpadł na Tybalda, przydeptując mu boleśnie stopę.

Olimpia przesunęła spojrzeniem o zmiennej barwie po twarzach bliźniaków i nie zatrzymując się, zagadnęła:

— Czyż to nie szczęście brać udział w równie cennym doświadczeniu?

W odpowiedzi Radek przytaknął z wigorem, choć pewnie zrobiłby to samo, gdyby Olimpia zapytała, czy jest krewnym Misia Yogi.

Dobiegająca muzyka ucichła. Spóźnialscy przyspieszyli.

Po przekroczeniu progu sali kominkowej zobaczyli mieniące się perłowo ściany, imponujące witraże oraz wyrastający z posadzki dąb o rozłożystej koronie, w której siedziały flamingi. Nieopodal pnia drzewa stała ładna dziewczyna. Zaraz… Czy to nie była…? Tybald z trudem rozpoznał Wiki, która zdążyła elegancko się przebrać, a nawet ozdobić fryzurę złotymi pasemkami.

Tancerki rozniosły lampki musujących napojów, a dyrektor Fiasko, zająwszy miejsce przy okazałym kominku, wzniósł donośny toast.

— Za Smak Przygody i nieustraszona pierwsza próbna turnus!

Zabrzęczały kryształowe kieliszki. Grupa gitarzystów energicznie uderzyła w struny i urwała, pozwalając instrumentom ucichnąć z jękiem. Równocześnie w kominku coś zadudniło, posypały się strużki sadzy i w palenisku wylądował jegomość z długą brodą w mocno przybrudzonym kaftanie. Tybaldowi wydało się, że rozpoznaje w nim jednego z wiolonczelistów z dachu.

— Witamy Świetny Mikołaj! — zaklaskał w dłonie dyrektor Fiasko, dając przykład innym.

Tancerki pobiegły do kominka, po drodze wkładając na głowy zabawne czerwone czapeczki. Mikołaj poprawił przekrzywioną brodę, złapał za dyndający u wylotu komina sznurek i szarpnął. Coś zatrzeszczało, rozdarło się i na jego głowę pospadały paczki.

— Czy nie za wcześnie na prezenta?! — zawołał dyrektor Fiasko.

Mikołaj nadąsał się.

— Serwacy mówił, żeby zjechać zaraz po toaście — burknął, masując guza nabitego przez róg jednej z paczek.

Dyrektor przerwał mu gwałtownymi gestami.

— Zachodzić o to, że być PAŹDZIÓRNIK. Czy nie za wcześnie na prezenta od Świetny Mikołaj?

— Aa! — mruknął ze zrozumieniem Mikołaj, po czym wyrecytował ponurym tonem. — Nigdy nie być za wcześnie na prezenta!

Dyrektor Fiasko odetchnął z ulgą. Mikołaj tymczasem z pomocą tancerek wygramolił się z paleniska, podniósł jeden z pakunków i wytarł go rękawem. Gderał przy tym pod nosem usmolonym sadzą.

Kilka osób parsknęło śmiechem, tak zabawny był ten Mikołaj burczymucha.

— Emil Berlinek! — odczytał z etykietki Mikołaj i nie tracąc czasu, sięgnął po następny prezent. Mężczyzna z wianuszkiem srebrnych loczków wyrwał się z tłumu i popędził do Mikołaja. Po chwili pod kominkiem wywiązało się zamieszanie — Berlinek szarpał się z Mikołajem, zamierzając odejść z dwoma podarunkami.

Po tym zdarzeniu Mikołaj stał się jeszcze bardziej zrzędliwy. Nie próbując już oczyszczać paczek z sadzy, odczytywał naprędce nazwiska i nie czekając, aż wywołany dotrze na miejsce, rzucał w niego upominkiem.

— Folek! — wykrzyknął Mikołaj, ciskając pudełkiem z liliową kokardą w zielonkawego kowboja.

— Miłosz! — prezent w złote gwiazdki pofrunął do przystojniaka o nienagannej fryzurze.

— Tybald!

Paczka ze świstem doleciała do Tybalda, który rozdarł papier i z zainteresowaniem zajrzał do środka. W pudełku znalazł parę nieprzemakalnych rękawic z naszywką przedstawiającą cyrkowego morsa w obręczy z gwiazd. Za oknem panowała ciepła, złocista jesień, ale prezent był prawdziwie zimowy.

Zapanował radosny, ożywiony nastrój. Wszyscy z ciekawością oglądali upominki.

— Nie dość, że zapłacą nam za mieszkanie w pałacu, to w dodatku obsypują prezentami! — skomentował Berlinek z rumieńcem emocji na twarzy i rozwianym włosem, wyrażając głośno refleksję większości.

Dyrektor Fiasko dał dyskretny znak gitarzystom, którzy natychmiast złapali za instrumenty. Jedna z gitar zadudniła przyjemnym basem. Obudowa innej posłużyła za perkusję. Struny pozostałych wibrowały z werwą, dopełniając niezwykłego efektu całości. Żeńska część słuchaczy przypatrywała się zespołowi z podziwem, a męska postanowiła solennie osiągnąć wkrótce podobną wirtuozerię. Z zamyślenia wyrwał gości wzmocniony mikrofonem głos jednego z muzyków.

— Panie proszą panów!

W tej samej minucie bliźniaków ogarnęły przeciwstawne uczucia. Podczas gdy Radek promieniał, gdyż do tańca zaprosiła go boska Olimpia, Tybalda ogarnęło przerażenie na widok zmierzającej w jego kierunku złoconej czupryny. Rozejrzał się nerwowo, błyskawicznie analizując sytuację. Mikołaj porzucił zamysł wydostania się z sali przez komin i ocierając spoconą twarz brudną czapką, człapał do drzwi, ciągnąc za sobą rozpruty worek. Osiłek przysiadł na pilnowanym sejfie i popijał wodę. Pani Norna, przystrojona w anielski szal, prowadziła do tańca dyrektora Fiasko.

Nigdzie szansy wybawienia! Tybald westchnął, obrzucając zazdrosnym spojrzeniem Fuksa, który stał spokojnie w kącie przystrojony w czerwoną czapeczkę i pozwalał zwiewnym tancerkom karmić się smakołykami ze szwedzkiego stołu.

Tybald i Wiki bez słowa dołączyli do par podrygujących wokół dębu, śledzeni przez niezadowolone spojrzenie przystojnego Miłosza. Nad głowami tańczących, niczym zaczarowane płatki śniegu, wirowały pogubione piórka flamingów. Lśniąca posadzka mieniła się odblaskiem witraży i perłowych ścian.

Wiki nie odzywała się. Tybaldowi było to podwójnie na rękę. Po pierwsze, nadal nie wiedział, jak się przed nią wytłumaczyć. Poza tym, choć potrafił tańczyć, wymagało to od niego pewnej koncentracji.

Słodkie milczenie Wiki nie przetrwało próby czasu.

— Zacznijmy wszystko od nowa! — zaproponowała nagle, a Tybald całkiem zgubił rytm. — Jestem gotowa ci przebaczyć!

Ostatnie słowa Wiki zmieszały się z chóralnym okrzykiem gitarzystów: „Odbijany!”, ratując oszołomionego Tybalda od natychmiastowej odpowiedzi. Dziewczyna, z którą teraz tańczył, miała na imię Melania, poważną twarz, przenikliwy wzrok i była studentką psychologii. Próbował z nią rozmawiać, co pozwalało mu unikać spojrzeń Wiki. Chyba nie wypadł zbyt błyskotliwie. Gdy dziękował Melanii za taniec, był pewien, że zakończyła wstępną analizę jego osobowości, której wolałby nigdy nie poznać. Pospieszył w stronę stołów z zimną płytą z nie do końca uświadomionym zamiarem ukrycia się za piramidą z jarskich koreczków.